świat - BLOG

O autorze ↓

Brytyjczycy nie pojadą do Syrii. "The Economist" wzywa do ostrej interwencji, ale parlament mówi "nie"

Okładka "The Economist" wzywająca do zaatakowania Baszara al-Assada.
Okładka "The Economist" wzywająca do zaatakowania Baszara al-Assada. Fot. "The Economist"
Żołnierze Wielkiej Brytanii nie pojadą na ewentualną misję wojskową do Syrii – zdecydowała Izba Gmin, niższa izba parlamentu. To spora porażka premiera Davida Camerona, który był zwolennikiem interwencji i razem z Barackiem Obamą stanowili trzon koalicji. Biały Dom zareagował powściągliwie, ale wiadome jest, że decyzja brytyjskich posłów to spory cios dla ich planów.

Po wielu godzinach ostrej dyskusji Izba Gmin nie wyraziła zgody na wysłanie brytyjskich żołnierzy do Syrii. Nad ewentualną misją wojskową zaczęto debatować po ujawnieniu użycia przez reżim Basara al-Assada broni chemicznej. I chociaż oczy wszystkich są zwrócone w kierunku Stanów Zjednoczonych, to głos i udział wojskowych z Wielkiej Brytanii również są ważne.


Brytyjscy posłowie nie posłuchali nie tylko Davida Camerona, ale i dziennikarzy "The Economist". Tygodnik opublikował okładkę ze zdjęciem Assada i zdjęciami ofiar ataku chemicznego, a wszystko podsumował wezwaniem "Hit him hard" ("Uderzcie w niego ostro").

To jednak politycy, a nie dziennikarze podejmują decyzje. A ci pierwsi mają jeszcze w pamięci wojny w Iraku i Afganistanie. I chociaż w przypadku takich decyzji, jak reakcja na użycie broni chemicznej, głos opinii publicznej nie ma takiego znaczenia, to nie można go zupełnie ignorować. Pokazał to również w wywiadzie Barack Obama, który wyraźnie dawał do zrozumienia, że interwencja w Syrii będzie miała inną formę i nie wciągnie Stanów w długotrwałą wojnę.

Kamil Sikora za "The Guardian"
Trwa ładowanie komentarzy...